Want to make creations as awesome as this one?

Transcript

LITERACKI KALENDARZ ADWENTOWY

kliknij w bombkę!

13

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

1

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

2023-12-24T00:00:01

2023-12-23T00:00:01

2023-12-22T00:00:01

2023-12-21T00:00:01

2023-12-20T00:00:01

2023-12-19T00:00:01

2023-12-18T00:00:01

2023-12-17T00:00:01

2023-12-16T00:00:01

2023-12-15T00:00:01

2023-12-14T00:00:01

2023-12-13T00:00:01

2023-12-12T00:00:01

2023-12-11T00:00:01

2023-12-10T00:00:01

2023-12-09T00:00:01

2023-12-08T00:00:01

2023-12-07T00:00:01

2023-12-01T00:00:01

2023-12-06T00:00:01

2023-12-02T00:00:01

2023-12-05T00:00:01

2023-12-04T00:00:01

2023-12-03T00:00:01

W tę noc, co nie wiedziała jeszcze, że jest świętanie liżyłapynie pochlebcy nie kandydaci na dygnitarzy nie urzędnicy nie spryciarze nie chwalipięty że „tam byłem pierwszy” nie reporterzy z telewizji ani dziennikarze ale najbliżsi zawsze sobie krewni analfabeci z bijącym sercem i mędrcy – bo szukają biegli niespokojni – czy się nie przeziębił czy gwiazda w ostatniej chwili Go nie przestraszyła czy miał suche pieluszki czy przy pięknie śpiewającym aniele nie dostał chrypki czy Go siano nie podrapało czy wierzgający osioł nie uraził swojego zwierzchnika – dostojnego wołu kiedy rozsądni się gorszyli Bóg wszechmogący stał się ludzkim dzieckiem z wyciągniętymi bezradnie rękami i świat się wcale nie zawalił ale zgarbiony uśmiechnął się i zaczął się prostować (Jan Twardowski, Bóg się rodzi, moc truchleje)

I drzewa mają swą wigilię… W najkrótszy dzień bożego roku, Gdy błękitnieje śnieg o zmroku: W okiściach, jak olbrzymie lilie, Białe smereki, sosny, jodły, Z zapartym tchem wsłuchane w ciszę, Snują zadumy jakieś mnisze Rozpamiętując święte modły. Las niemy jest jak tajemnica, Milczący jak oczekiwanie, Bo coś się dzieje, cos się stanie, Coś wyśni się, wyjawi lica. Chat izbom posłał las choinki, Któż jemu w darze dziw przyniesie? Śnieg jeno spadł na drzewa w lesie, Dłoniom gałęzi w upominki. Las drży w napięciu i nadziei, Niekiedy srebrne sfruną puchy I polatają jak snu duchy… Wtem bić przestało serce kniei, Bo z pierwszą gwiazdą nieb rozłogów, Z gęstwiny, rozgarniając zieleń, Wynurza głowę pyszny jeleń Z świeczkami na rosochach rogów… (Leopold Staff, Wigilia w lesie)

kliknij w książkę!

Mój maluśki, uśnij. Deszczem Spływa nieba czarna rama. Mój maluśki, ziemia do snu Ukołysze cię jak hamak. Mój maluśki królu sierocy, mój maluśki tytanie z oczami niezapominajek. Jaką ziemię odmierzysz krokami, jakich dróg otulą cię gaje? Mój maluśki, pozostań na zawsze, daj mi ciszę swoją, nim uśniesz. Mały Bóg się uśmiechał różowo – błogosławił światu uśmiech. (Krzysztof Kamil Baczyński, V pieśń (kołysanka))

Kiedym z gwiazdą nadziei Leciał świecąc Judei, Hymn narodzenia śpiewali Anieli: Mędrcy nas nie widzieli, Królowie nie słyszeli. Pastuszkowie postrzegli I do Betlejem biegli: Pierwsi wieczną mądrość witali Wieczną władzę uznali: Biedni, prości i mali. (Adam Mickiewicz, Anioł)

kliknij w książki!

BratuPtaki niby dzwoneczki cieszą się kolędą – Chrystus nam się narodził i nowe dni będą. Do stajni betlejemskiej aż do brzegów Wisły Z ptakami smukłe sarny dziwować się przyszły. Wiewiórka zęby szczerzy i w niebo się patrzy, Jak dwa gołębie płyną na błękitnej tarczy. I kwiaty, choć to zima, czas mroźny i cichy, Niosą mirrę, kadzidło i złote kielichy. I pawie przyfrunęły z krajów cudzoziemskich, By swe pióra przyrównać do skrzydeł anielskich. A mały Chrystus smutny w drzwi patrzy i czeka, By pośród witających zobaczyć człowieka… (Jerzy Liebert, Pasterka)

„Gabrysia znalazła wreszcie klucz i weszła do pełnego książek przedpokoju, w którym unosiła się przedziwna woń piernika z majerankiem. Radio w kuchni wzmagało dziwny nastrój, wyśpiewując tęgim basem kolędę „Cicha noc”. Gabrysia odłożyła siatkę z zakupami, zdjęła pelerynę i celnym rzutem umieściła ją na szczycie przeładowanego wieszaka na odzież. Z lustra, wypełnionego dziś jakimś dziwnym, zielonkawym światłem, spojrzała na nią okrągła, piegowata twarz o brązowych oczach i ciemnych, stanowczych brwiach. Pod oczami rysowały się wyraźne zmarszczki, te od śmiechu. Tych od płaczu też było trochę, ale jednak dużo, dużo, dużo mniej. Przygładziła jasną, wilgotną czuprynę. Z kuchni dobiegł chóralny wybuch śmiechu, więc czym prędzej odwróciła wzrok od lustra i podeszła do drzwi kuchennych. Tak, oczywiście, znajdowali się tu wszyscy, ponieważ, jak to Borejkowie, po prostu musieli być razem; a skoro mama zajmowała się wigilijnym barszczem, to tu właśnie, w kuchni, biło źródło ciepła, do którego garnęli się wszyscy.” (Małgorzata Musierowicz, Noelka)

„Ogromną, niską izbę rozświetlał ogień, płonący na trzonie komina. Organista rozdziany, w koszuli tylko i z podwiniętymi rękami, czerwony jak rak, siedział przed ogniem i piekł opłatki… co chwila czerpał łyżką z michy rozrobione, płynne ciasto, rozlewał je na żelazną formę, ściskał, aż syczało, i kładł nad ogniem wspierając na cegle sztorcem ustawionej, przewracał formę, wyjmował opłatek i rzucał na niski stołek, przed którym siedział mały chłopak i obcinał nożyczkami do równa. - Siadajcie, rozgrzejcie się, cóż tam u was słychać?... Juści, tak zaraz nie mogła się zebrać na to jakie słowo, nie śmiała, rozglądając się po stancji i zazierając ukradkiem do drugiego pokoju, gdzie wprost drzwi, na długim stole pod ścianą, bieliły się stosy opłatków, przyciśnięte deską, a dwie dziewczyny składały je w paczki okręcając papierowymi paskami, zaś w głębi już niedojrzanej brzęczał monotonnie głos klawikordu – muzyka snuła się jak pajęczyna, raz wyżej brała, górniej kieby w śpiewie, to znowu cichła, ze ino to brzękliwe przebieranie było słychać, abo zasię cosik się rwało nagle i piskało przenikliwie, aż dreszcz Hankę przenikał, a organista wykrzykiwał: - Te, trąba, zjadłeś fis jak skwarek! – powtórz od Laudamus pueri… - Na Gody to już? – spytała, że to nieobyczajnie było siedzieć jako ten mruk. - Tak, parafia wielka, porozrzucana, a wszystkim przecież trzeba opłatki roznieść przed świętami, to i wczas zaczynać muszę. - Z pszenicy to? - Spróbujcie. Podał jej jeszcze gorący opłatek. - Zaśbym tam śmiała jeść! Wzięła go przez zapaskę i przeglądała pod światło ze czcią i trwogą jakąś. - Jak to na nim wyciśnięte historie różne, Jezus! - Na prawo, w pierwszym kółku, to Matka Boska, święty Jan, Pan Jezus, a w drugim kółku… widzicie… żłób, drabinę, bydlątka… Dzieciątko Jezus na sianie, święty Józef, Matka Boska, a tu klęczą trzej królowie… - objaśniała organiścina.” (Władysław St. Reymont, Chłopi)

Chociaż to ledwo przedświt, chociaż jeszcze ciemno Świeć betlejemska gwiazdo ponade mną, Cośmy żyli w ciemności, trudno wyjść nam z ciemna Ale ty nie opuszczaj nas gwiazdo promienna Nie najlepiej nam na świecie, tośmy zapomnieli Jak się trzeba z kolędą przed żłobkiem weselić Słabi jesteśmy nie ujdziemy wiele Ale tyś nasze światło i nasze wesele Ty nam drogę w ciemnościach blaskiem przeorywaj I choć my spoczywamy, ty nam nie spoczywaj Ogrzewaj nas na mrozie, w upałach ochładzaj Choć zdradzą przyjaciele, to ty nas nie zdradzaj Choć nas wszyscy przeklęli, to ty nas ukochaj I pomóż nam tej drogi podejść jeszcze trocha Bądź przy nas w tej ostatniej okropnej godzinie Kiedy będziemy wołać betlejemskie imię Chociaż się spóźniliśmy, choć już dawno ciemno Ale ty nie opuszczaj nas gwiazdo promienna Pozostań z nami wierniejsza niż matka Oświecaj drogę naszą do ostatka (Ernest Bryll, kolęda o gwieździe)

Idźcie, Króle, szukać dziecię, szopkę z cukru odnajdziecie, za tą zaspą, za tym krzaczkiem… Tam dzieciątko w żłobie leży, wietrzyk śpiewa, a śnieg śnieży, deszczyk pada z nieba maczkiem. A ten śmieszny Malec Boży, popłakuje lub gaworzy i przebiera paluszkami. Aniołowie są na straży w grubych futrach dorożkarzy i ruszają wąsiskami. (Stanisław Grochowiak, Kolęda)

Przyszła mi na wigilię, zziębnięta, głuchociemna, z gwiazdą jak z jasną twarzą – wigilia przedwojenna, z domem, co został jeszcze na cienkiej fotografii, z sercem, co nigdy umrzeć porządnie nie potrafi, z niemądrym bardzo piórem skrobiącym w kałamarzu, z przedpotopowym świętym – z Piłsudskim w kalendarzu, z mamusią, co od nieszczęść zasłonić chciała łzami – podając barszcz czerwony, co śmieszył nas uszkami, z lampą, z czajnikiem starym wydartym chyba niebu, z całą rodziną jeszcze, to znaczy sprzed pogrzebów. Nad stołem mym samotnym zwiesiła czułą głowę – nad wszystkie figi z makiem – dziś już posoborowe. Przyszła, usiadła sobie. Jak żołnierz pomilczała, Jezusa z klasy pierwszej z opłatkiem mi podała. (Jan Twardowski, Dawna wigilia)

„Dzieci i żakowie szkolni prawili rodzicom, dobroczyńcom i przełożonym powinszowania prozą lub wierszami, po polsku lub po łacinie. Gdy dawniej prawie wszystkie szkoły w kraju znajdowały się w klasztorach, bywało wielu ubogich chłopców ze wsi i miasteczek oddawanych tam na naukę, których zakonnicy uczyli bezpłatnie i dawali im mieszkanie, a poczciwi ludzie żywili biedaków. Wyrobił się więc taki zwyczaj, że ci uczniowie, czyli jak ich nazywano żaki, mieli własne garnuszki i przychodzili z nimi po obiad, lub wieczerzę do mieszkańców miasta. Na Nowy Rok zaś, zebrawszy się w gromadki, obchodzili wszystkie domy, winszowali nowego lata i starali się zaśpiewać cos takiego, żeby pobudzić do wesołości i hojności zarazem. Oto jedna z tych starych a wesołych pieśni żaków kolędujących:

Mości gospodarzu, domowy szafarzu, Nie bądź tak ospały, każ nam dać gorzały Dobrej z alembika i do niej piernika, Hej kolęda, kolęda! Chleba pytlowego i masła do niego, Każ stoły nakrywać i talerze zmywać Każ dać obiad hojny, boś Pan Boga-bojny, Hej kolęda, kolęda! Kaczka do rosołu, sztuka mięsa z wołu, Z gęsi przysmażanie, zjemy to mospanie, I udzik zajęczy, i do niego więcej, Hej kolęda, kolęda! Indyk do podlewy, panie miłościwy, I to czarne prosię, pomieści i to się, Każ upiec pieczonki, weźmiem do kieszonki, Hej kolęda, kolęda!

Mości gospodarzu, domowy szafarzu, Każ dać gąsior wina, bo w brzuchu ruina, Nie długo się bawcie i drugi postawcie, Hej kolęda, kolęda! Dla większej ochoty, daj czerwony złoty, Albo talar bity, będziesz znakomity, Daj i żupan stary, byle jeszcze cały, Hej kolęda, kolęda! Mości gospodarzu, domowy szafarzu, Każ spichrze otworzyć i miechy nasporzyć, Żyta ze trzy wory i woły z obory, Hej kolęda, kolęda! Na piwo jęczmienia, koni do ciągnienia, Jagły jeźli macie, to nam korzec dajcie, Tatarki na kasze, kocham przyjaźń waszę, Hej kolęda, kolęda!

Grochu choć z pół woru z tutejszego dworu, Na mąkę pszenicy, zjemy społem wszyscy, Owsa ze trzy miary dla większej ofiary, Hej kolęda, kolęda! Mościa gospodyni, domowa mistrzyni, Okaż swoją łaskę, każ dać masła faskę, Jeżeliś nie sknera, daj i kopę sera, Hej kolęda, kolęda! Mościa gospodyni, domowa mistrzyni, Bacz, w jakim to czasie i daj dwie kiełbasie, Które kiedy zjemy, to podziękujemy, Hej kolęda, kolęda!” (Zygmunt Gloger, Rok Polski w życiu, tradycyi i pieśni, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1982, s. 70-73.)

Przez las, przez bór, przez ciemność chmur Przez wiatr, przez grad, przez deszcz Przez mgłę, przez śnieg, przez kamień chmur Wołaniem wołam cię Przez chleb, przez ból przez mroku mrok Przez krew, przez sól, przez łzy Przez wody wód, przez złego zło Płonąca gwiazdo przyjdź O zejdź jak grom nad każdy dom I daj nam pić swój blask O przywróć sen człowieczym snom A piołun spal wśród traw

Niech głód, niech mróz nie ściga nas Przez wiatr, przez grad, przez deszcz Przez mgłę, przez śnieg, co wiecznie trwa Wołaniem wołam cię Przez chleb, przez ból, przez mroku mrok Przez krew, przez sól, przez łzy Przez wody wód, przez złego zło Nadziei gwiazdo przyjdź O zejdź jak grom nad każdy dom I daj nam pić swój blask O przywróć sen człowieczym snom A piołun spal wśród traw(Ernest Bryll, wołaniem wołam cię)

Sen mię ze snu obudził. Przespałem byt drobny Gwiezdnej smugi na rzęsach. Śniła się – dlaczego? Chciałem razem z Magami iść w świat niepodobny Do żadnego z tych światów. Wiem, że do żadnego! Biegnę w mrok, byle biegnąć! Może ich dogonię, Choć mi trudno przeczuciu opierać się złemu. Już widzę pierwsze stada śpiące na wygonie I światła w Bogu ślepych oknach Betlejemu. Zbliżam się do jaskini. Nigdy lub tym razem! Chwili tracić nie wolno! Śpiesz się, nędzo ziemska! Jeden pastuch wbrew cudom drzemie popod głazem, Budzę go w imię twoje, Gwiazdo Betlejemska!

Gdzie Magowie? „Odeszli. Badacze ich cienia Głoszą, że wraz z kadzidłem i mirrą, i złotem W kurz się marny rozwiali pod tej karczmy płotem, Gdzie droga w nicość skręca. Tyle – ich istnienia.” Gdzie Maryja? „Mów o niej z niebem lub mogiłą. Nikt nie wie – i nikt dzisiaj nie odpowie tobie.” A gdzie Bóg? „Już od dawna pochowany w grobie, Już szepcą, że Go nigdy na świecie nie było!” A gdzie Magdalena? „Zapatrzona w zgony, Przemilczała ból hańby, gdym ją kopnął nogą. Wracaj tam, skąd przychodzisz – ty śmiesznie spóźniony!” Nie mam po co i nie mam powrócić do kogo! (Bolesław Leśmian, Betlejem)

„Stojąca choinka wyparła z domów wcześniejsze wigilijne przybrania w formie zawieszonego u pułapu wierzchołka sośniny, zwanego na Rzeszowszczyźnie jutka, na Warmii i Mazurach – jeglijka, w Małopolsce, w Krakowie – sad, w okolicach Jarosławia, na Lubelszczyźnie i ziemi Sandomierskiej – wiecha; przybranie to bardziej było znane pod nazwą podłaźniczka. Zwyczaj wieszania u pułapu i ubierania zielonego drzewka znany był w całej niemal Polsce. Oswicie w wigilię przynosili chłopcy z lasu kilka małych choinek i przycianli im wierzchołki, zostawiając tylko boczne gałęzie. Jedną z „podłaźniczek” wieszano nad drzwiami sieni z zewnątrz, drugą wewnątrz, inną wieszano u pułapu w oborze, wierzchołkiem w dół, i wreszcie ostatnią – ustrojoną „światami” zrobionymi z opłatków, jabłkami, orzechami – wieszano u pułapu w izbie, gdzie miano jeść kolację. Podłaźniczka, wiecha, sad, jeglijka czy jutka – wiecznie zielone drzewko żywota – miała chronić dom i jego mieszkańców od złych mocy, obezwładniać rzucane uroki. Nie ma wiec podstaw, by sądzić, że sam zwyczaj przybierania izby w Wigilię „drzewkiem” wzięliśmy od Niemców. Od nich pochodzi tylko tradycja choinki stojącej zamiast naszej – o wiele starszej – wiszącej, czyli podłaźniczki.” (Hanna Szymanderska, Polska Wigilia, MUZA, Warszawa 2002, s. 23.)

„Aż Rocho wyjął z zanadrza książkę okręconą w różaniec i zaczął z niej czytać cichym a głęboko wzruszonym głosem: - „Jako to stała się nam nowina, Panna porodziła Syna; aż w judejskiej ziemie, w Betlejem, nie bardzo podłym mieście, narodził się Pan w ubóstwie; na sianie, w stajni lichej, między bydlątkami, co w tej radosnej nocy cichej były Mu bratami. – A ta sama gwiazda, co i dzisiaj świeci, spłonęła wówczas dla tej świętej Dzieciny – i drogę wskazywała trzem królom, co chociaż pogany i czarne jako te sagany, a serca mieli czujące i z krajów dalekich, zza mórz nieprzejrzanych, zza gór srogich przybiegli z darami, by prawdzie dać świadectwo.” Długo czytał opowieść oną, a głos mu się wzmagał i rozmadlał, i w śpiew prawie przechodził, że jakby tę świętą litanię wygłaszał, a wszyscy siedzieli w milczeniu pobożnym, w ciszy serc zasłuchanych, w drżeniu dusz olśnionych cudem i w najszczerszym odczuciu łaski Pańskiej narodowi danej!” (Władysław St. Reymont, Chłopi)

Już wzdychał na myśl o Bożym Narodzeniu o tym jak naprawdę było zaczął się modlić do świętej rewolucji w Betlejem od której liczymy czas kiedy znowu zaczął merdać puszysty ogon tradycji wprosiła się choinka elegancko ubrana mlaskały kluski z makiem kura po wigilii spieszyła na rosół potem milczenie większe niż żal i już na gwiazdkę szalik przytulny jak kotka żeby się nie ubierać za cienko i nie kasłać za grubo zdrzemnął się na dwóch fotelach wydawało mu się że słowo ciałem się stało – i mieszkało poza nami nawet usłyszał że za oknem przyszedł Pan Jezus prosty jak kościół z jedną tylko malwą obdarty ze śniegu i polskich kolęd za wcześnie za późno nie w porę nacisnął dzwonek dzwonek był nieczynny (Jan Twardowski, Wigilia)

„Żaków miejskich naśladowała dziatwa wioskowa, obchodząc chaty i dwory „za nowem latkiem” i za powinszowania dostając smaczne kąski na noworoczną biesiadę. Życzy ona i winszuje najczęściej w ten sposób:

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, Na szczęście, na zdrowie, na ten Nowy Rok! Aby was nie bolała głowa, ani bok, Aby wam się rodziła i kopiła Pszenica i jarzyca, żytko i wszytko, Abyście mieli w każdym kątku po dziesiątku, W stodole, w oborze, w komorze i na górze. lub: Żeby wam się rodziło: Żytko – jak korytko, Pszenica – jak rękawica, Bób – jak żłób, Owies – jak skopiec, Len – jak pień. dziękując za kolędę: Za kolędę dziękujemy, Zdrowia, szczęścia, wam życzemy, Byście państwo długo żyli Zdrowi i weseli byli Na ten Nowy Rok, Co nam dał go Bóg. Jeżeli nic nie dostaną, co jednak nader rzadko bywa, odchodząc wołają: Żeby wam się rodził kąkol, stokłosa Babie do pół nosa.” (Zygmunt Gloger, Rok Polski w życiu, tradycyi i pieśni, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1982, s. 73-74.)

A podobno jest gdzieś ulica (lecz jak tam dojść? którędy?), ulica zdradzonego dzieciństwa, ulica Wielkiej Kolędy. Na ulicy tej taki znajomy, w kurzu z węgla, nie w rajskim ogrodzie, stoi dom jak inne domy, dom, w którymżeś się urodził. Ten sam stróż stoi przy bramie. Przed bramą ten sam kamień. Pyta stróż: „Gdzieś pan był tyle lat?” „Wędrowałem przez głupi świat.” Więc na górę szybko po schodach. Wchodzisz. Matka wciąż taka młoda. Przy niej ojciec z czarnymi wąsami. I dziadkowie. Wszyscy ci sami. I brat, co miał okarynę. Potem umarł na szkarlatynę.

Właśnie ojciec kiwa na matkę, że już wzeszła Gwiazda na niebie, że czas się dzielić opłatkiem, więc wszyscy podchodzą do siebie i serca drżą uroczyście jak na drzewie przy liściach liście. Jest cicho. Choinka płonie. Na szczycie cherubin fruwa. Na oknach pelargonie blask świeczek złotem zasnuwa, a z kąta, z ust brata, płynie kolęda na okarynie: Lulajże, Jezuniu, moja perełko, lulajże, Jezuniu, me pieścidełko. (Konstanty Ildefons Gałczyński, Powrót)

Maryjo czysta, błogosław tej Co w miłosierdzie nie wierzy. Niech jasna Twoja strudzona dłoń Smutki jej wszystkie uśmierzy. Pod Twoją ręką niechaj płacze lżej. Na wigilijny ześlij jej stół Zielone drzewko magiczne, Niech gdy go dotknie słyszy gwar pszczół, Niech jabłka sypią się ślicznie. A zamiast świec daj gwiazdę mroźnych pól. Przyprowadź blisko pochód białych gór. Niechaj w jej okno świecą. Astrologowie z Chaldei, z Ur, Pamięć złych lat niech uleczą. Zmarli poeci niechaj dotkną strun, Samotnej zanucą kolędę. (Czesław Miłosz, Modlitwa wigilijna)

"Wieś zginęła w szarych, śnieżystych mrokach, jakby się rozlała, że ani ujrzał domów, płotów i sadów, jedne tylko światełka migotały ostro a gęściej niżli zwykle, bo wszędy się szykowano do wigilijnej wieczerzy. W każdej chałupie, zarówno u bogacza, jak i u komornika, jak i u tej biedoty ostatniej, przystrajano się i czekano z namaszczeniem, a wszędy stawiano w kącie od wschodu snop zboża, okrywano ławy czy stoły płótnem bielonym, podścielano sianem i wyglądano oknami pierwszej gwiazdy. Jakoś niewidne były zaraz z pierwszego wieczoru; jak to zwykle przy mrozie, bo skoro ostatnie zorze się dopalały, niebo zaczęło się zasnuwać jakby dymami sinymi i całkiem zatapiało się w burościach. Józka z Witkiem dobrze byli przemarzli, bo stali na zwiadach przed gankiem, nim pierwszą gwiazdę uwidzieli. - Jest! Jest! – wrzasnął naraz Witek. Wyjrzał na to Boryna, wyjrzeli i drudzy, a na ostatku Rocho. Juści, że była, tuz nad wschodem, jakby się rozdarły bure opony, a z głębokich granatowych głębin rodziła się gwiazda i zda się rosła w oczach, leciała, pryskała światłem, jarzyła się coraz bystrzej, a coraz bliżej była, aż Rocho uklęknął na śniegu, a za nim drugie. - Oto gwiazda Trzech Króli, betlejemska gwiazda, przy której blasku Pan nasz się narodził, niech będzie święte imię Jego pochwalone! Powtórzyli za nim pobożnie i wpili się oczami w tę światłość daleką, w ten świadek cudu, w ten widomy znak zmiłowania Pańskiego nad światem. Serca im zabiły rzewliwą wdzięcznością, wiarą gorącą, dufnością i brały w siebie to światło czyste jako ten ogień święty, pleniący złe, jako sakrament. A gwiazda olbrzymiała, niosła się już niby kula ognista, błękitne smugi szły od niej niby szprychy świętego koła, i skrzyły się po śniegach, i świetlistymi drzazgami rozdzierały ciemności, a za nią, jako te służki wierne, wychylały się z nieba inne, a liczne, nieprzeliczoną i nieprzejrzaną gęstwą, że niebo pokryło się rosą świetlistą i rozwijało się nad światem modrą płachtą, poprzebijaną srebrnymi gwoździami. - Czas wieczerzać, kiedy słowo ciałem się stało! – rzekł Roch. Weszli do domu i zaraz też obsiedli wysoką i długą ławę."(Władysław St. Reymont, Chłopi)

Pod serwetą wonna warstwa siana, Na serwecie opłatków książeczka – Znów cię widzę, chałupo kochana, Chłopska chato, znana mi od dziecka. Ze stodoły weź, ojcze, snop żyta I tu w kącie jak co roku postaw. Niech zadzwoni, niech do nas zawita Święta Wilia, po dawnemu prosta. Gwiazdy same podejdą do proga, O dzieciństwie śnieg kolędę zanuci! – Powróciłem, matko moja droga; Jeszcze nieraz odejdę, by wrócić. Jak za przeszłych wigilijnych wieczorów Znów dziś Chrystus rodzi się w stajence, Ojcze, matko! całuje z pokorą Wasze szorstkie, twarde, chłopskie ręce. (Stanisław Ciesielczuk, Wigilia)

Wigilia!... Dziwny urok kryje się dla nas w tem jednem prostem słowie. Wzrusza ono i rozrzewnia, czarem wspomnień przemawia do duszy. Na dźwięk tego wyrazu wybladłe od lat wielu barwy ożywiają się, zatarte i rozwiane obrazy stają przed nami w swej dawnej postaci. Wydaje nam się przez chwilę, że życie w ciągu długiego szeregu lat nie ukazywało nam w dali widm nieuchwytnych, by uciec z niemi za zbliżeniem się naszem, że nie obdzierało bezlitośnie ze złudzeń młodości, nie karmiło goryczą zawodów i rozczarowań, nie poorało czół zmarszczkami, nie przyprószyło włosów siwizną… I gotowi jesteśmy przypuścić, że zmora trosk i cierpień nie gniotła nigdy naszych piersi, ze ciężkie brzemię walki o byt nie zgięło nas wcale do ziemi. Myśl nasza zwraca się mimowoli ku najpiękniejszym chwilom dzieciństwa i wczesnej młodości, ku ogniskom najdroższym, w których cieple i blasku wzrastaliśmy, a które dla wielu wygasły już może na zawsze, wspomnienie tylko pozostawiając po sobie. Wspomnienia… Ileż w ten dzień wigilijny ciśnie ich się razem do głowy. Oto zda się, w ich aureoli tęczowej staje przed nami cichy dwór wiejski, otoczony wieńcem lip i topoli, wyciągających ku roziskrzonemu gwiazdami niebu obnażone z liści i pokryte śniegiem konary.

„Wigilia Bożego Narodzenia (z felietonu w końcu XIX-go wieku).

Wewnątrz widno i ciepło, błogość jakaś rozlewa się w sercu. Duzy pokój, jasno oświetlony, - po środku stół, pięknie nakryty. Jakieś drogie, dawno niewidziane oblicza przesuwają się przed oczyma, śnieżnej białości opłatek z rak do rąk przechodzi, echa życzeń i błogosławieństw gdzieś rozbrzmiewają w powietrzu. Albo obrazek inny. Na wzniesieniu ciemno – zielone drzewko, - jak świętojańskie robaczki, lśnią na niem ogniki złote, - w ich blasku cacka, strojące „choinkę”, mnożą się i rosną w oczach, przybierając kształty fantastyczne. A w cieniu „bożego drzewka” co niespodzianek i upominków gwiazdkowych! Dla starszych i młodszych, dla służby i domowników, dla dziatwy przedewszystkiem, napełniającej pokój gwarem okrzyków zdumienia, radości i szczęścia. To jej dzień, to jej święto najpiękniejsze. A potem te niezapomniane dźwięki odwiecznych pieśni kolędowych, nuconych chórem rodzinnym przy akompaniamencie starego fortepianu i budzących dziwne uczucia w sercach wszystkich. Bóg się rodzi, moc truchleje Pan niebiosów obnażony… We wspomnieniach tych zawsze tkwi dla każdego urok niewypowiedziany, wspomnienia te chyba nigdy na świecie zatrzeć się w duszy nie dadzą. Dzień wigilii – to przedewszystkiem święto pokoju, miłości i zgody. W dniu tym, mówiąc słowami poety, serca nasze „jeśli coś mają przebaczyć – przebaczą, jeżeli o czem zapomnieć – zapomną”, aby się zespolić w serdecznym bratnim uścisku. Wł. Bukowiński” (Zygmunt Gloger, Rok Polski w życiu, tradycyi i pieśni, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1982, s. 42-43.)

„Następnego dnia słońce świeciło, a piękny, biały puszysty śnieg leżał na wszystkich drzewach. Tego dnia mieliśmy po raz ostatni przed Gwiazdką iść do szkoły. Pani w szkole powiedziała, ze nie spała całą noc. Nie mogła usnąć, leżała tylko i myślała, jak daliśmy sobie radę w tym śniegu. Ponieważ był to ostatni dzień przed świętami, pani przeczytała nam śliczne opowiadanie gwiazdkowe. Wszystko było jakoś dziwnie i inaczej. Właśnie w chwili, gdy już mieliśmy wychodzić ze szkoły, zdarzyło się coś, co było najlepsze ze wszystkiego. Pani napisała do Sztokholmu i zamówiła dla nas książki. Pokazała nam kiedyś duży arkusz, na którym było moc prześlicznych obrazków, przedstawiających okładki różnych książek z bajkami. Mogliśmy wybrać sobie książki, które chcieliśmy kupić. Ja zamówiłam dwie, a Lasse i Bosse też po dwie. Na moich były prześliczne księżniczki i książęta. Właśnie ostatniego dnia przed świętami przysłali te książki. Chodziła po klasie i rozdawała je dzieciom. Nie mogłam się wprost doczekać, kiedy dostanę swoje. Lecz mamusia powiedziała, że nie wolno mi ich czytać teraz, aż dopiero w Wigilię. Zanim wyruszyliśmy do domu, odśpiewaliśmy wszystkie świąteczne pieśni, które umieliśmy, a pani powiedziała, że ma nadzieję, że wesoło spędzimy święta. Że będą wesołe – tego byłam pewna! Britta, Anna i ja pobiegłyśmy do sklepikarza i kupiłyśmy czerwonego, zielonego, żółtego i niebieskiego papieru, gdyż chciałyśmy zrobić koszyczki na choinkę. Potem poszłyśmy do domu. Było tak jasno i ładnie. W pewnej chwili, po drodze, Britta wyjęła swoją książkę z bajkami. Powąchała ją. Potem powąchaliśmy ją wszyscy po kolei. Nowe książki pachną tak ślicznie, że po prostu czuje się po zapachu, jak przyjemnie będzie je czytać. Potem Britta zaczęła czytać swoja książkę. Jej mama też powiedziała, że książki należy schować aż na wieczór wigilijny. Britta tłumaczyła się, ze przeczyta tylko mały, malusieńki kawałek. Gdy przeczytała ten kawałek, uważaliśmy wszyscy, że to jest bardzo ciekawe opowiadanie, i poprosiliśmy ją, żeby przeczytała jeszcze kawałeczek. Przeczytała więc jeszcze trochę. Lecz to nic nie pomogło, bo gdy skończyła, byliśmy znów ciekawi dalszego ciągu. - Muszę się dowiedzieć, czy książę został zaczarowany, czy nie – mówił Lasse. Zmuszona więc była przeczytać jeszcze kawałeczek. Czytaliśmy więc aż do Bullerbyn, a wtedy okazało się, że Britta przeczytała nam całą książeczkę. Powiedziała jednak, że to nic nie szkodzi, bo i tak przeczyta ją jeszcze raz w wieczór wigilijny.” (Astrid Lindgren, Dzieci z Bullerbyn)

„Nie wiem, kiedy święta zaczynają się gdzie indziej, lecz dla nas, dzieci z Bullerbyn, Gwiazdka zaczyna się już tego dnia, gdy pieczemy pierniki. Wówczas jest równie wesoło jak w wieczór wigilijny. Lasse, Bosse i ja dostajemy po dużym kawałku ciasta na pierniki i możemy z niego piec, co chcemy. Wyobraxcie sobie, ze gdy ostatnio mieliśmy piec pierniki, Lasse zapomniał o tym i pojechał z tatusiem do lasu po drzewo! Dopiero w lesie przypomniał sobie, co to za dzień, i puścił się do domu takim pędem, że aż śnieg się za nim kurzył – tak mówił tatuś. Bosse i ja zajęci byliśmy już wtedy na dobre pieczeniem. Właściwie to nieźle się złożyło, ze Lasse przyszedł trochę później. Najlepsza foremka do pierniczków, jaka mamy, to mały prosiaczek, a gdy Lasse piecze z nami, to jest to prawie niemożliwe, byśmy my – Bosse i ja _ mogli dostać prosiaczka. Tym razem jednak skorzystaliśmy z okazji i upiekliśmy każde z nas po dziesięć prosiaczków, zanim Lasse nadbiegł zdyszany z lasu. Och, jakże mu się śpieszyło, żeby nas dogonić z pieczeniem! Gdy już ukończyliśmy pieczenie, zgnietliśmy razem wszystkie obrzynki ciasta i upiekliśmy z tego ciastko, które miało być nagrodą w konkursie, urządzanym przez nas co roku. Po południu, gdy już wszystkie pierniczki były wyjęte z pieca, włożyliśmy trzysta dwadzieścia dwa ziarnka grochu do butelki i obeszliśmy z nią wszystkie zagrody w Bullerbyn, i wszyscy musieli zgadywać, ile ziarnek grochu jest w butelce. Ten kto odgadnie najlepiej, miał dostać ciastko w nagrodę. Lasse niósł butelkę, Bosse – ciastko, ja zaś – notesik, w którym notowałam, ile kto zgadł. Ciastko wygrał dziadziuś, z czego okropnie się ucieszyłam. Zgadł, że w butelce jest trzysta dwadzieścia ziarenek grochu, więc był najbliższy prawdy. Anna myślała, że jest w niej trzy tysiące ziarenek grochu, co przecież było najzupełniej głupie!” (Astrid Lindgren, Dzieci z Bullerbyn)

kliknij w chatkę po przepis!

1 kg mąki, 400 g cukru, 6 łyżek miodu, 6 łyżeczek przyprawy korzennej do piernika, 2 łyżki kakao, 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej, 250 g margaryny, 5 jajek (roztrzepanych w misce), 2 łyżki sody (+2 łyżki ciepłej wody do rozpuszczenia), 3 łyżki kwaśnej śmietany. Margarynę, miód, cukier, kakao, kawę i przyprawę korzenną podgrzewać ciagle mieszając aż składniki sie rozpuszczą. Zdjąć z ognia i do gorącej masy dodać 250 g mąki, zmiksować. Jak wystygnie dodać do pozostałej mąki, do tego dodać jajka, śmietanę i sodę. Zagnieść na gładko i odstawić do lodówki na 1-2 godziny lub nawet całą noc. Wałkować na ok. 0,5cm placek i wycinać kształty. Piec w piekarniku rozgrzanym do 170st, ok. 8-10minut.

Miękkie pierniczki z przepiśnika bibliotekarki